piątek, 26 stycznia 2018

GAME OVER

Był 9 września 1999 roku, kiedy Czarni Słupsk debiutowali w ekstraklasie koszykarzy. Na inaugurację pokonali wówczas innego beniaminka - Cersanit Kielce. Od tamtego czasu minęło 18 lat i 108 dni. Dokładnie tyle czasu słupski klub był w elicie najlepszy koszykarskich drużyn w Polsce. Lepszym stażem pochwalić się może tylko Anwil Włocławek. W tym czasie Czarne Pantery zdobyły cztery brązowe medale, a ostatni dwa lata temu. Dziś koszykówka znika ze Słupska. To rozpacz dla tysięcy jego mieszkańców. Piszę ten tekst ze łzami w oczach. Piszę, płacząc.

Pożegnalny trening zespołu. fot. Rafał Szymański 

Ze słupską koszykówką jestem związany od blisko trzynastu lat. Był czas, kiedy przez blisko 7 lat nie opuściłem żadnego meczu w słupskiej Hali Gryfia, bywałem również na większości meczach wyjazdowych - tych organizowanych przez Klub Kibica, ale także tych, gdzie zorganizować trzeba było się samemu. Pamiętam kilkunasto godzinne podróże do Zgorzelca, gdzie często dmuchając na zimne wyjeżdżało się jeszcze w nocy. Nigdy nie zapomnę podróży do Wrocławia, gdzie nasze auto uczestniczyło w karambolu 100 metrów przed halą. Było wówczas cholernie ślisko i wylądowaliśmy na barierkach. Kiedy przyjechały karetki, jeden z lekarzy zapytał mnie, ilu nas w było w samochodzie. Odpowiedziałem, że cztery osoby. „Ale gdzie jest do cholery ta czwarta” - zapytał. Asia z zakrwawioną twarzą pobiegła wtedy na mecz. To nie był szok. Wyobraźcie sobie, jak wielkie musi to być przywiązanie do klubu. Dawid Bocian, fizjoterapeuta drużyny, nastawiał jej wówczas nos na hali. Wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi, że nie będziemy mieli jak wrócić do domu. Z pomocą przyszła drużyna. To była wówczas moja pierwsza i ostatnia podróż autokarem z zespołem. Na drugi dzień tłumaczyłem się w szkole, że wcale nie byłem u lekarza i dlatego nie mogłem być w dniu meczu na lekcjach. Wychowawczyni zawsze czytała do porannej kawy lokalną gazetę, a w niej tego dnia nagłówek: Wypadek słupskich kibiców. Od razu wiedziała o co chodzi, tym bardziej patrząc na moją twarz. Zwolniła mnie do domu. Najbardziej niebezpiecznie bywało w Gdyni i we Włocławku. Tam zawsze ktoś chciał kogoś bić, choć do dziś śmieję się na wspomnienie Tarnobrzega. Znowu podróż samochodem, przy którym po końcu spotkania miejscowa grupka fanatyków piłkarskich próbowała namówić nas na ustawkę. Mnie - kibica lat wówczas 17, dwie wspaniałe pary kibiców, którzy mają starsze córki ode mnie i kierowcę. To dopiero nazywa się odwaga! A Koszalin? Tam zawsze jeździło się w kilkaset osób. Nigdy jednak nie lubiłem jak piłka nożna wchodziła z butami do koszykówki. Tak samo, jak w przypadku Czarnych, do koszykówki z butami weszła polityka.

Przez te trzynaście lat, które miały wówczas ogromny wpływ na moje życie, poznałem setki wspaniałych ludzi. Wiem, co teraz czują. Tego współczucia nie da ubrać się w ładne słowa.

Żaden kibic nie zasługuje na taki los 

Słupsk to Czarni. Czarni to Słupsk. Przez te niemal dwadzieścia lat występów w ekstraklasie na mecze koszykówki w Słupsku przychodziło średnio 2 tysiące mieszkańców, przy czym były sezony, gdzie Hala Gryfia co mecz pękała w szwach. Były też spotkania, gdzie zainteresowanych było nawet kilkanaście tysięcy osób, a bilety rozchodziły się w godzinę. Nie bez przyczyny słupska publiczność uznawana jest za najgorętszą w Polsce. Tego z pewnością będzie brakowało na koszykarskiej mapie Polski.


Co czuję? Żal, przede wszystkim żal i rozczarowanie. Budowana przez ostatnie tygodnie nadzieja pozwoliła wierzyć, że Czarni przynajmniej dograją sezon do końca. Potem byłby czas na analizy, wyciąganie wniosków i kolejne próby wyciągnięcia klubu na prostą. Byłyby na to przynajmniej cztery miesiące. Dziś nastał najprawdopodobniej jeden z najsmutniejszych dni w historii miasta, ale nikt nie będzie opuszczał flag do połowy, a przynajmniej nie w słupskim ratuszu. „Czarnuchy nigdy nie zginą” - śpiewali kibice w Słupsku. W to nie wątpię, ale dziś skończyła się pewna epoka. Nastał czas na zachowanie wspomnień. A co to za wspomnienia!

Sezon 1998/1999 - Czarni awansują do ekstraklasy koszykarzy.

fot. gp24.pl

Sezon 1999/2000 - Pierwsze play-off w historii klubu i to już w debiutanckim sezonie!

Sezon 2000/2001 - Czarni znowu w najlepszej „ósemce”, ponadto awansują do półfinału Pucharu Polski

Sezon 2001/2002 - Spadek formy i 10. miejsce

Sezon 2002/2003 - Czarni znowu w play-off

Sezon 2003/2004 - Jesteśmy tuż za play-off, sezon kończymy na 9. miejscu

Sezon 2004-2005 - znowu 9. miejsce, ale sukcesem okazuje się być finał Pucharu Polski, w którym minimalnie ulegamy Śląskowi Wrocław

Sezon 2005/2006 - W Słupsku postawiono na młodego trenera dopiero rozpoczynającego karierę w roli szkoleniowca. Igor Griszczuk stworzył drużynę marzeń. Pierwszy w historii klubu brązowy medal Mistrzostw Polski! Zaczyna się prawdziwy szał na koszykówkę w mieście.




fotografie Sławomir Zabicki

Sezon 2006/2007 - Byliśmy blisko awansu do półfinału, ale sezon kończymy na 5. miejscu. Ponadto Czarni znowu meldują się w półfinale Pucharu Polski.

Sezon 2007/2008 - Największy i niespodziewany kryzys w Czarnych. Cudem unikamy spadku do I ligi.

Sezon 2008/2009 - Morale drużyny zaczynają być odbudowywane. Czarni, po fatalnym początku sezonu, debiutują  w europejskich pucharach i sprawiają największą sensację kolejki - pokonują wielki Unics Kazań (w rewanżu wysoko przegrywamy i odpadamy z rozgrywek). Do zespołu dołącza Gasper Okorn, który doprowadza Czarnych do półfinału ekstraklasy. W nim musimy uznać wyższość Turowa Zgorzelec, a w walce o brązowy medal przegrywamy z Anwilem Włocławek.

fot. Łukasz Capar/gp24.pl

Sezon 2009/2010 - Jeden z gorszych sezonów. 8. miejsce wydaje się być sukcesem.

Sezon 2010/2011 - Dainius Adomaitis bohaterem Słupska! Pierwszy sezon w roli szkoleniowca okazuje się być dla Litwina najlepszym. Czarni przez większość sezonu byli liderem tabeli, a rozgrywki rozpoczęli od 8 zwycięstw z rzędu. Po sezonie, gdzie miało już nas nie być na koszykarskiej mapie Polski, przyszedł sezon naprawczy, a kolejny udowodnił, że Czarni nigdy nie zginą. Drugi brązowy medal w historii klubu!



fotografie Łukasz Capar/gp24.pl




Sezon 2011/2012 - Czarni byli o krok od półfinału, ale w decydującym meczu musieli uznać wyższość Zastalu. Sezon kończymy na 5. miejscu.

Sezon 2012/2013 - Znowu ćwierćfinał i znowu Zastal! W kolejnej bitwie o półfinał PLK Czarni kolejny raz ulegają w piątym meczu, choć jedną nogą byli już w najlepszej czwórce.



2013/2014 - Historia jak z dwóch poprzednich sezonów, tyle tylko, że tym razem po pięciomeczowej batalii o strefę medalową Czarni polegli w starciu z Treflem Sopot. To najprawdopodobniej najbardziej dramatyczna porażka w historii klubu.



2014/2015 - Nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy. Czarni, zaczynając na ławce trenerskiej z niepamiętanym już w Słupsku Dejanem Mijatoviciem, zaczęli źle - przegrali 6 z pierwszych 10 meczów i byli jednym z najsłabszych zespołów w lidze. Z Serbem szybko się pożegnano, a do Słupska zawitał Donaldas Kairys. To wtedy Czarni zaczęli być najlepiej grającą drużyną w lidze, na kolejnych 18 meczów przegrali tylko 2. Ostatecznie sezon został zwieńczony kolejnym już medalem.



2015/2016 - Człowiek na sukces? Donaldas Kairys! Czwarty już brąz w historii klubu. Co ciekawe, drugi raz z tym samym trenerem na ławce.




2016/2017 - Klubem wstrząsa afera z udziałem generalnego menadżera. Ważą się losy drużyny. Ostatecznie Czarni awansują do play-off z ostatniego miejsca, ale tam mają być tylko chłopcami do bicia. W starciu z wielkim Anwilem nikt nie daje im szans. Miało być łatwe 3:0 dla włocławian ale już pierwszy mecz pokazał jak wielki charakter miała tamta drużyna. Czarni grali znakomicie i pewnie pokonali Anwil w pierwszym meczu. W kolejnym słupszczanie byli o krok od wygranej. Było 1:1 i rywalizacja przenosiła się do Słupska. W trzecim spotkaniu emocje znów sięgnęły zenitu i równie dobrze mogło już być 3-0 dla Czarnych! Słupszczanie znowu przegrali w ostatniej minucie, a Hala Gryfia pękała wówczas w szwach jak za dawnych lat. Anwilowi do półfinału został jeden krok - wygrana w czwartym meczu. Tak naprawdę oprócz kibiców tego zespołu nikt jednak tego nie chciał. Wszyscy liczyli na sensację i decydujące starcie, które miałoby być prawdziwą bitwą o przetrwanie dla obu drużyn, choć to Anwil był pod presją. I uwaga - tak właśnie się stało! Czarni dość pewnie wygrali czwarte spotkanie, a radości w Słupsku nie było końca. Piąte starcie? Zobaczcie sami!


Czarni w walce o finał przegrali z Polskim Cukrem Toruń, a w rywalizacji o brązowy medal ulegli Stali Ostrów Wielkopolski.

Dziś 

Każdy wyczekiwał na godzinę 10, gdzie na specjalnej konferencji prasowej Prezes Klubu Andrzej Twardowski oficjalnie miał ogłosić, że to koniec. I tak się stało. Nie będzie nawet pożegnalnego meczu, co mnie dziwi. Dziś przynajmniej kilka tysięcy ludzi, w różnych zakątkach świata, czuje pustkę w sercu. Marzeń o przetrwaniu nie udało się zrealizować.

fot. Damian Młynarczyk 

„Ta konferencja prasowa jest niczym pogrzeb zasłużonego dla tego miasta klubu. To dramatyczna decyzja, ale zmierzamy do wycofania klubu z rozgrywek. Poświęciłem temu miastu i klubowi niemal całe swoje życie. Dziękuję kibicom.”
fot. Łukasz Capar/gp24.pl

Jest ból, są łzy rozpaczy, złamane serca. Dziękuję każdemu, z kim mogłem przeżyć te bez wątpienia najpiękniejsze lata mojego życia. To są miliony wspomnień, które gdzieś zawsze będą siedzieć z tyłu głowy.





Dziękuję Łukaszowi Caparowi, że dzięki niemu będę miał do czego wracać. 

Odbije się to panu czkawką, panie prezydencie.

Kończąc - do którego zresztą straciłem szacunek. Tym bardziej, że wracając z trzytygodniowego urlopu i wiedząc jaka jest sytuacja w klubie nie wyciągnął ręki. Nie chciał nawet rozmawiać, mimo że określa się jako człowieka dialogu i kompromisu. Wiecie, co jest kurwa najgorsze? Kiedy do ostatnich chwil trwała walka o przetrwanie, a gdzieś w kuluarach zapadały decyzje o ogłoszeniu upadłości klubu, pan prezydent pojechał wystąpić w programie Moniki Olejki „Kropka nad i”. W rozmowie nawet przez sekundę nie poruszono wątku najsłynniejszej wizytówki miasta, najbardziej zasłużonego dla niego sportowego klubu, który dla tysięcy mieszkańców jest nierozłącznym elementem życia.



NIECH ŻYJĄ CZARNI!!!

fot. Damian Młynarczyk

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Ratujcie się sami - powiedział Prezydent

Prezydent Słupska Robert Biedroń w dniu dzisiejszym ostatecznie podjął decyzję o odrzuceniu przyjętej niedawno przez Radę Miasta Słupsk uchwały dotyczącej udzielania pomocy koszykarskiemu klubowi Czarni Słupsk. Powód? Brak możliwości prawnej. Skutki? Los Czarnych coraz bardziej wydaje się być przesądzony. Dogranie sezonu będzie sukcesem. Klub, z prawie dwudziestoletnim stażem w ekstraklasie, najprawdopodobniej zniknie z koszykarskiej mapy Polski. 



Chciałbym w tym miejscu przytoczyć list, który dwa tygodnie temu za pośrednictwem mediów społecznościowych wystosowałem do Roberta Biedronia. Prezydent jeszcze w pierwszej godzinie zdążył go usunąć, ale postanowiłem go opublikować na swojej tablicy. W późniejszych dniach, na prośbę Głosu Pomorza, został on także opublikowany w papierowym wydaniu gazety oraz na gp24.pl


Panie Prezydencie! (Nie bawmy się w uprzejmości)

Trzy lata temu z dumą (tak myślę) odbierał Pan na środku parkietu, wśród prawie trzech tysięcy wiwatujących słupszczan (tyle samo podpisało niedawno dostarczoną Panu petycję z prośbą o wsparcie tegoż Klubu), brązowy medal ekstraklasy koszykarzy. Wcześniej wielokrotnie zasiadał Pan na trybunach hali Gryfia jako gospodarz miasta Słupsk, który zespół Czarnych reprezentuje w ekstraklasie bez przerwy od 19 lat. Reprezentuje z wielkimi sukcesami. Nie wiem, czy Pan wie, ale Czarni to jedna z trzech najbardziej utytułowanych drużyn grających obecnie w ekstraklasie, a także druga najdłużej w niej grająca. Oprócz tego medalu, który tego pamiętnego dnia zawisł na Pana szyi, zdobyliśmy ich jeszcze trzy. Pierwszy w 2006 roku. To właśnie wtedy, wówczas jako 12-letni chłopak, pierwszy raz poszedłem na mecz koszykówki. Wychowywałem się na niezbyt ciekawej ulicy - pewnie Pan kojarzy rejony Mickiewicza, Reymonta, Prusa etc. Na każdym kroku może Pan zobaczyć 15-latków (a nawet młodszych!) zaciągających się papierosem, popijających piwo i rzucających na prawo i lewo „kurwami”. Oczywiście, choć może dla wielu moich znajomych byłby to szok, ja też taki byłem. Ale była pewna odskocznia, która przerodziła się w pasję, a wtedy nawet sens życia. To była właśnie koszykówka. Zaczęło się niewinnie. Sąsiad mój serdeczny, pracownik Klubu, biletów miał chyba aż nadto. Bo ciągle mnie nimi częstował, a zarazem zachęcał. Bym poszedł, zobaczył, a nóż widelec mi się spodoba? A może po prostu chciał, abym oderwał się od tej rzeczywistości podwórka, o którym piszę? Może pomyślał: przecież ty taki nie jesteś? No nic, spróbowałem. Pamiętam, że do tej pory na meczu koszykówki byłem tylko raz, jeszcze za czasów Taylora czy Shammgoda (i tak pewnie te nazwiska nic Panu nie powiedzą). Brat mnie zabrał. W trakcie pojedynku okazało się jednak, że przez cały czas kibicowałem rywalom, będąc pewnym, że to nasi. Nie spodobało mi się. Z uprzejmości Sąsiada jednak skorzystałem. Chyba trafiłem na piekielne ważne spotkanie, bo będąc dobrych kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem meczu, hala była już niemal zapełniona. To było coś! Atmosfera Gryfii pochłonęła mnie całego. To była miłość od pierwszego wejrzenia. No dobrze, bądźmy skrupulatni, drugiego. Miłość do koszykówki, która z tygodnia na tydzień przeradzała się w kolejną miłość, jeszcze większą od poprzedniej. Miłość do Czarnych.

Może Pan nie wie, ale to właśnie Czarni dali mi możliwość poznania wielu wspaniałych ludzi: przyjaciół, znajomych, autorytety. Osoby to nadzwyczajne. Ludzie, którzy tak jak ja, stracili dla tego Klubu głowę. Ten pozwolił nam marzyć, a co najważniejsze, pozwolił uwierzyć, że marzenia się spełniają. Tak, wówczas nie marzyliśmy o wakacjach w Malezji, wówczas marzyliśmy o tych wszystkich medalach, których z roku na rok przybywało.


To koszykówka pokazała mi, iż ludzie potrafią się ze sobą jednoczyć, wzajemnie wspierać, wspólnie przeżywać wzloty i upadki. Utrwaliła mnie w przekonaniu, że jeżeli ma się w życiu cel, to ze wszystkich sił trzeba dążyć do jego realizacji. Nauczyła cierpliwości (jako tako) i pokory.


Tak jak Pan, Panie Robercie, jest Pan uzależniony od pokazywania się w telewizji, tak my byliśmy i większość z nas do dziś uzależniona jest od „pokazywania” się w hali Gryfia. Tylko tam nie ma nic pod publikę. Tam wszystko jest autentyczne. Emocje, rywalizacja, przyjaźnie.


Do sedna - przyzwyczaiłem się, że politycy to hipokryci. Każdy, bez wyjątku, również Pan. Jednak to właśnie Pana uważałem zawsze za najmniejszego hipokrytę wśród wszystkich. Wbrew pozorom to komplement, panie Prezydencie. Każdy zaś wie, że ma Pan parcie na szkło. Nie można tego było powiedzieć o Pana poprzedniku, choć przynajmniej w jego przypadku, zasiadanie na trybunach Gryfii i wspieranie Klubu zawsze wydawało się autentyczne. Jak to jest, proszę mi powiedzieć - uśmiechać się do kamery, wrzucać zdjęcia z medalem, pisać „My”, a potem wypiąć się na to wszystko? Tutaj już nie chodzi tylko o ratowanie marki Słupska, ale o ludzi, jego mieszkańców, a w większości Pana wyborców. Dwa tysiące. Średnio tyle osób przychodzi na mecz koszykówki w Słupsku. Jeszcze niedawno, dla przypomnienia, nie kupiłby Pan biletu w dniu jego rozgrywania. Powie Pan - ale przecież koszykówka to też biznes. Tak. Zgodzę się. Ale to biznes na którym wszyscy korzystają - miasto i jego mieszkańcy także. Ojców sukcesu jest wiele, panie Prezydencie, ale porażka jest sierotą. Mówił Pan - będę Was słuchać. Nie słyszy Pan tych głosów? Głosów rozpaczy setek Pana wyborców, próśb tysiąca mieszkańców o ratowanie czegoś, co stanowi ich część życia. Czegoś, co jest ich milionem wspomnień. Jestem strasznie zawiedziony Pana postawą i oburzony podejściem Pana zastępczyni, przecież takiej miłośniczki sportu. Jakby Pan czuł się, gdyby stracił teraz coś, co stanowi dla Pana, w wielu przypadkach od kilkunastu a nawet kilkudziesięciu lat, nieodłączny element życia? Tak właśnie czuje się teraz kilka tysięcy osób, które od dłuższego czasu apelują do Pana o wsparcie Czarnych.


Oglądałem wczorajsze nadzwyczajne posiedzenie Rady Miasta (Pan pewnie moczył wówczas nogi w oceanie) i muszę Panu przyznać, że mimo wszystko z zażenowaniem obserwowałem fakt, jak bardzo w większości była to dyskusja pozbawiona jakichkolwiek szczerych emocji ze strony Pana reprezentantów i choć jej ostateczne rozstrzygnięcie dało jeszcze iskierkę nadziei to muszę się zgodzić z panem Prezesem Twardowskim - ja także nie widzę autentycznej woli do zaangażowania się w klub ze strony włodarzy miasta. Jeśli tak jest - oby to Państwu odbiło się czkawką. W tym roku albo w 2020.


Do moich żalów załączam zdjęcie - zrobił je Łukasz Capar, a był 3 czerwca 2015 roku. Tak, panie Prezydencie, to Pan. Pan dumnie unoszący zdobyty tego dnia brązowy medal Mistrzostw Polski. Był Pan wówczas niedawno wybranym nowym Prezydentem Miasta, a wybranym między innymi dzięki głosom ludzi, do których ten medal Pan wznosi. Między innymi właśnie mnie. Chciałbym Panu jeszcze przekazać, że nie wstydzę się tego wyboru, bo uważam, że zrobił Pan dla Słupska bardzo wiele dobrego, ale będę się wstydził jeżeli pozwoli Pan temu tonącemu statkowi utonąć na długie lata… Panie Prezydencie, nie idzie Pan tą drogą.




czwartek, 11 stycznia 2018

Nigdy nie zginą!

Na wstępie: 


Sto czterdzieści dwa wpisy pod tą domeną i przynajmniej drugie tyle pod innymi. Ostatni w Wigilie ponad cztery lata temu. Wówczas moje życie przewracało się o 180 stopni, a koszykówka zeszła na drugi plan. I pomimo, że ciągle jest bliska mojemu sercu, to jednak nie ukrywam, że straciłem zapał do pisania o niej. Teraz znowu poczułem dreszcz emocji. Zaczęło się od „listu” do Roberta Biedronia, prezydenta Słupska. Listu pełnego emocji i żalu, którego zasięg przekroczył moje najśmielsze oczekiwania (czy ja w ogóle jakieś miałem?), a poruszenie wśród ludzi i mnóstwo ciepłych słów wywołało u mnie wielkie wzruszenie. Teraz znowu mam ochotę wykrzyczeć całemu światu - tym razem nie będą to jednak żale, bo pękam z dumy!

Nigdy nie zginą! 


10 stycznia 2018 roku przejdzie do historii. Czarni Słupsk bywali w kryzysach większych i mniejszych, ale jeszcze nigdy - od momentu przejęcia Klubu przez Prezesa Twardowskiego - aż w takim jak obecnie. I mimo, że na każdym kroku zmagają się z przeciwnościami losu, znowu podnoszą się i idą dalej. Bez wątpienia jestem z tym Klubem związany emocjonalnie, ale chyba nie przesadzę jak napiszę, że - obok Anwilu Włocławek - to najbardziej charakterna drużyna w historii Polskiej Ligi Koszykówki. 

Nie wiem co wydarzyło się przed 2005 rokiem, bo od tego momentu jestem przy tym klubie, ale doskonale pamiętam co było potem. 

Był rok 2005, kiedy w Słupsku postawiono na młodego trenera dopiero rozpoczynającego karierę w roli szkoleniowca. Igor Griszczuk stworzył drużynę, której zaszczepił ambicję, a najważniejszym słowem dla każdego zawodnika było: „WALKA!”. Sezon ten bez wątpienia przeszedł do historii klubu jako najważniejszy, a zarazem najpiękniejszy, bo od niego zaczęło się pasmo sukcesów, którego początkiem był zdobyty wówczas brązowy medal i pokonanie w ćwierćfinale jednego z głównych faworytów do mistrzostwa Polski - Śląsk Wrocław. Co to była za drużyna! 


Sezon 2007/2008 


Pierwszy poważny kryzys w klubie. Sezon rozpoczęty od 8 przegranych w pierwszych 9 meczach, by zakończyć go bilansem 9 zwycięstw i 15 porażkach. Czarni utrzymali się w ekstraklasie tylko dzięki temu, że w ostatniej kolejce Śląsk Wrocław pokonał Polpharmę. Nie wiadomo jak potoczyłyby się losy Klubu, gdyby to Polpharma pokonała wówczas Śląsk, a Czarni kolejny sezon musieliby zacząć w pierwszej lidze, ale wiadomo było, że ówczesna drużyna z charakterem nie miała nic wspólnego. Paradoksem był fakt, że grali w niej wówczas w większości zawodnicy, którzy dwa sezony wcześniej zdobywali dla Czarnych pierwszy medal w historii. Na ławce trenerskiej znowu zasiadał Igor Griszczuk, który pomimo fatalnych wyników zespołu, bardzo długo pełnił rolę trenera zespołu. Nikt nie był w stanie zrozumieć dlaczego drużyna, która była drużyną marzeń, w przysłowiowy „jeden dzień” straciła wszystkie swoje atuty, a przede wszystkim zapomniała co to jest walka. 

To chyba jedyny taki przypadek, gdzie Czarni wygrali walkę ze samymi sobą nie dzięki sobie, ale szczęściu. Los wówczas uśmiechnął się do słupskich kibiców. Warto dodać, że Czarni rozgrywki kończyli na ławce trenerskiej już tylko z Mirosławem Lisztwanem. 

Sezon 2008/2009



Kolorowo nie było także w kolejnym sezonie, choć miał on być wynagrodzeniem za poprzedni. Końcówka 2008 roku to debiut Czarnych w europejskich pucharach. Zanim to jednak nastąpiło klub pożegnał się z beznadziejnym Andrejem Podkowyrowem (naprawdę nie pamiętam tak słabego trenera w Słupsku!), który drużynę budował od… maja. Efekt? Już w 5. kolejce Czarni byli pośmiewiskiem ligi, a po katastrofalnym meczu ze Sportino Inowrocław Ukrainiec stracił pracę. Stery w zespole znowu przejął Mirosław Lisztwan i dopiero wtedy z drużyny zostało wykrzesane to, co widzieliśmy wczoraj - charakter. W kolejnym tygodniu do Słupska, w ramach eliminacji do Eurocup, przyjeżdżał wielki Uniks Kazań, który miał zmiażdżyć Czarnych. Przyznam, że takie pustki na trybunach Hali Gryfia widziałem tylko podczas turniejów o Puchar Prezydenta, ale ich powód był oczywisty - kibice nie chcieli oglądać być może największej porażki swojego zespołu w historii. Tyle tylko, że już kilka chwil po meczu Słupsk znalazł się na czołówkach wszystkich największych koszykarskich portali w Europie i to nie za sprawą druzgocącej porażki - Słupsk stał się tego wieczora sprawcą największej sensacji, być może nawet sensacji roku (nie przesadzam?). Był to początek dziwnej zależności w Słupsku - po każdych zwolnieniach trenerów drużyna wygrywała swoje następne mecze, a wielki w tym udział miał właśnie Mirosław Lisztwan. Niestety, w rewanżu w Kazaniu było dokładnie tak, jak miało być w Słupsku. Czarni wysoko przegrali i odpadli, ale za chwilę do drużyny dołączył Gasper Okorn, który miał ją poukładać zupełnie od nowa i tak właśnie było. 



Padłeś, powstań. Po raz drugi. 
Pod wodzą Słoweńca Czarni znowu odzyskali charakter jak z meczu z Uniksem, a zespół zanotował serię 7 wygranych z rzędu. Co więcej, pomimo że musieliśmy grać w pre play-off to będąc jedną z najniżej rozstawionych drużyn awansowaliśmy nie tylko do półfinałów ekstraklasy, ale byliśmy o krok od historycznego finału. Zabrakło wówczas bardzo niewiele (porażka z Turowem 2:4), ale to jaką wolą walki wykazała się ówczesna drużyna bez wątpienia zapisało się wielkimi literami w historii klubu. Ostatecznie Czarni zajęli 4. miejsce, ale Gasper Okorn udowodnił, że najważniejsza jest ambicja.

Warto też odnotować, że to właśnie od tego sezonu słupscy kibice zaczęli ubierać się na czerwono, a kolor ten stał się ich znakiem rozpoznawczym, a także był symboliką piekła, jakie przeżywają Gryfii drużyny przeciwne. 

Sezon 2009/2010


O tym sezonie bardzo krótko. W trakcie rozgrywek, po niezadowalających wynikach zespołu, dochodzi do kolejnej zmiany na stanowisku trenera - Igorsa Miglinieksa zastąpił jego asystent, Dainius Adomaitis. I choć Czarni ostatecznie zajęli 8. miejsce, to jednak gra pod wodzą Litwina dawała nadzieję na przyszłość. Dlatego zdecydowano, że były znakomity gracz między innymi Śląska Wrocław, a obecnie trener męskiej reprezentacji Litwy, poprowadzi Energę Czarnych w kolejnym sezonie. Miał to być zabieg niczym z 2005 roku, kiedy postawiono na zupełnego nowicjusza w tym fachu - Igora Griszczuka. Jak się skończyło? Znowu brązowym medalem! Warto jednak odnotować, że Czarni przez większość sezonu byli liderem tabeli, a rozgrywki rozpoczęli od 8 zwycięstw z rzędu. Po sezonie, gdzie miało już nas nie być na koszykarskiej mapie Polski, przyszedł sezon naprawczy, a kolejny udowodnił, że Czarni nigdy nie zginą. 


Sezon 2012/2013


Po dobrym starcie przyszedł kryzys, a jego zwieńczeniem było pożegnanie się z pierwszym trenerem zespołu, bardzo nielubianym w Słupsku, Mariusem Linartasem. W trudnym momencie dla drużyny za stery złapał niespodziewanie Andrej Urlep, człowiek legenda polskiej koszykówki. Słoweniec wykrzesał z koszykarzy niemal wszystko, co się dało. Drużyna niemal gryzła parkiet, a to popłacało. Czarni odbili się od dna i z meczu na mecz szybowali w górę tabeli. Znowu awansowaliśmy do ćwierćfinału i znowu przegraliśmy z nim po pięciomeczowej batalii, z późniejszym mistrzem Polski, Zastalem Zielona Góra. Obie te serie z sezonów 2011/2012 i 2012/2013 były okrzyknięte jednymi z najlepszych w historii ekstraklasy. 


Sezon 2014/2015


Nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy.
Te słowa idealnie wpisały się w tę drużynę. Czarni, zaczynając na ławce trenerskiej z niepamiętanym już w Słupsku Dejanem Mijatoviciem, zaczęli źle - przegrali 4 z pierwszych 10 meczów i byli jednym z najsłabszych zespołów w lidze. Z Serbem szybko się pożegnano, a do Słupska zawitał Donaldas Kairys. Wtedy jeszcze nie przypuszczano, że za chwilę w PLK nastąpi prawdziwe trzęsienie ziemi, a warunki w niej dyktować będzie drużyna z końca tabeli. 

Wyobrażacie sobie sytuację, że z 18 rozegranych spotkań przegrywacie tylko 2? Tego nie osiągnie w tym sezonie nawet znakomicie grający Anwil! Osiągnęli to wówczas Czarni. Zachwytów nad drużyną Litwina (znowu Litwin) nie było końca, a jej ducha walki porównywano do zespołu Griszczuka z sezonu 2005/2006. Jak się skończyło? Dokładnie tak samo, choć w walce o brązowy medal Czarni musieli stoczyć nie dwa, a trzy pojedynki. Z Rosą Radom wygrali 2:1, choć pierwszy mecz w Słupsku przegrali. I kiedy w Radomiu już otwierano szampany, drużyna znowu pokazała pazur i po dość niespodziewanym zwycięstwie 75:73, oba zespoły wróciły na decydujące starcie do Słupska. To właśnie wtedy na szyi prezydent miasta Roberta Biedronia zawisł medal, z którym dumnie pozował do zdjęć. Dokładnie tak samo było rok później, kiedy zdobyliśmy czwarty już brąz w historii klubu. Co ciekawe, drugi raz z tym samym trenerem na ławce. 





Sezon 2016/2017


Miłe złego początki, lecz koniec żałosny.
Koniec, bo to właśnie skutki tego sezonu doprowadziły Czarnych do momentu, w którym znajdują się obecnie. Sam koniec sezonu był natomiast, mimo wielu przeciwności losu, powodem do dumy dla całego miasta. To po prostu nie miało prawa się wydarzyć. Ale od początku. 

Od kibica do menadżera.
Czarni do rozgrywek przystępują z zupełnie odmienioną drużyną. Do kolejnego play-off ma ich doprowadzić Roberts Stelmahers, ale po cichu mówi się nawet o półfinale. Jednak jeszcze zanim sezon ruszył na pełnych obrotach, całą koszykarską polską wstrząsnęła afera, która - dziś już wiadomo - doprowadziła Czarnych na same dno. Do tamtej pory klub uważany za wzór zarządzania został wzięty pod lupę prokuratury, a potem nawet ABW. Marcin Sałata - kiedyś wielki kibic, a od 2010 roku generalny menadżer klubu - miał nie tylko podrabiać podpisy pod kontraktami zawodników, ale także wyprowadzać z klubu pieniądze. Gdy tylko cały skandal wyszedł na jaw, prezes klubu Andrzej Twardowski zawiesił Sałatę w obowiązkach menedżera, a ten sam zgłosił się do prokuratury. Klub w kolejnych dniach wydał mocne oświadczenie, w którym potępił zachowanie swojego byłego już pracownika, a jednocześnie zapewnił, że nikt oprócz Sałaty nie maczał w tym palców. Był to jednak idealny moment, żeby do koszykówki w Słupsku wkradła się polityka. Pojawiły się pogłoski o wycofaniu się głównego sponsora, które później znalazły potwierdzenie u Jolanty Szczypińskiej, posłanki PiS ze Słupska. Ta miała prowadzić negocjacje między grupą Energa (która jest spółką skarbu państwa) a Klubem. W zamian za dalsze sponsorowanie Czarnych zażądano głowy Prezesa. Ten zachował się honorowo i pomimo, że siedemnaście lat wcześniej wyciągnął ten klub z jeszcze większego bagna, postanowił odejść. Na jego miejsce powołano Adama Prabuckiego. Nie był to jednak człowiek związany z ugrupowaniem politycznym pani poseł, co musiało się nie spodobać zarówno jej, jak i koncernowi energetycznemu, co z kolei skutkowało złamaniem umowy i Czarni w trakcie trwania sezonu zostali bez sponsora, dzięki któremu tak naprawdę byli w stanie walczyć o wysokie cele. Kilka tygodni później prezes Twardowski wrócił na stanowisko, ale już nigdy nie było tak jak kiedyś. 

Nadzwyczajnie dobrze radzili sobie za to koszykarze Czarnych. Co prawda grali w kratkę i do końca nie było wiadomo, czy znajdziemy się pośród ośmiu najlepszych drużyn, ale cała ta sytuacja wywołała niezwykłą więź między drużyną a kibicami. Summa summarum rzutem na taśmę zespół awansował do play-off z ósmego miejsca i w ćwierćfinale miał zmierzyć się z bezapelacyjnym liderem rozgrywek Anwilem Włocławek. Biorąc pod uwagę walkę Czarnych nie tylko na parkiecie i dochodzące coraz gorsze wieści dotyczące sytuacji finansowej klubu, sam awans do play-off już był sukcesem. Koszykarze ze Słupska do rywalizacji z Anwilem przystępowali skazywani na pożarcie, ale byli nie tylko niezwykle zdeterminowani by pomóc klubowi wizerunkowo, mieli za sobą tysiące słupszczan, którzy pod tym względem stanęli równie na wysokości zadania. Oto zaczęła się batalia, która za pięć meczów będzie komentowana w całej koszykarskiej Polsce i w historii PLK zapisze się na długie, długie lata.

Miało być łatwe 3:0 dla Anwilu, ale już pierwszy mecz pokazał jak wielki charakter ma ta drużyna. Czarni grali znakomicie i pewnie pokonali prowadzony przez Igora Milicicia Anwil. W drugim meczu słupszczanie byli o krok od wygranej, ale w ostatnich sekundach lepsi okazali się wówczas gospodarze. Było 1:1 i rywalizacja przenosiła się do Słupska, a już wtedy oczy wszystkich kibiców były skierowane na tę parę. W trzecim spotkaniu emocje znów sięgnęły zenitu i równie dobrze mogło już być 3-0 dla Czarnych! Słupszczanie znowu przegrali w ostatniej minucie, a Hala Gryfia pękała w szwach jak za dawnych lat. Anwilowi do półfinału został jeden krok - wygrana w czwartym meczu. Tak naprawdę oprócz kibiców tego zespołu nikt jednak tego nie chciał. Wszyscy liczyli na sensację i decydujące starcie, które miałoby być prawdziwą bitwą o przetrwanie dla obu drużyn, choć to Anwil był pod presją. I uwaga - tak właśnie się stało! Czarni dość pewnie wygrali czwarte spotkanie, a radości w Słupsku nie było końca. 
Nie będę Wam opisywać przebiegu piątego meczu, choć większość z Was zapewne zna jego przebieg, po prostu zobaczcie sami, a niech słowa Adama Romańskiego „Historia staje się na naszych oczach, ósemka wygrała z jedynką, coś niewiarygodnego!” będą kwintesencją tej rywalizacji i w ogóle całego tego sezonu, choć słupszczanie później szybko odpadli z rywalizacji. Czwarte miejsce, w obecnej sytuacji klubu, było jednak jak złoty medal i miało być nowym otwarciem dla Czarnych w poszukiwaniu głównego sponsora na kolejny sezon, a nawet sezony.


Dziś


Tak się jednak nie stało, a co gorsza, do ostatnich chwili nie było wiadomo czy Czarni w ogóle przystąpią do rozgrywek. Na pomoc ruszyli kibice i ich akcja crowdfundingowa „Mamy swoją energię”. Zebrano ponad 200 tysięcy złotych (!), które zagwarantowały udział w kolejnych rozgrywkach. Już wtedy było wiadomo, że będzie to najcięższy sezon w historii, ale kibice postanowili być z klubem na dobre i na złe. Pomimo kolejnych porażek dumnie po każdym meczu śpiewają „Czarnuchy nigdy nie zginą” i walczą o przetrwanie klubu, choć jeszcze dwa dni temu wydawało się, że wczorajszy mecz z Asseco Gdynia będzie ostatnim dla Czarnych w ekstraklasie. Przynajmniej na najbliższych kilka lat. 

Ratunkiem dla klubu miało być miasto, tak przynajmniej przypuszczano, że tak ważnego społecznie projektu nie zostawi się na pastwę losu. Kibice zebrali trzy tysiące podpisów z apelem o pomoc (to tak jakby w skali kraju zebrano około 1,5 miliona), Rada Miasta ten apel uchwaliła, jednak przychylny do dziś nie jest mu Prezydent Robert Biedroń. Jego zastępczyni już zapowiedziała, że Słupska na pomoc nie stać, a nawet jeśli stać to są ważniejsze kwestie do uregulowania. Szkoda tylko, że całe prezydium miasta dumnie pokazywało się z szalikami Czarnych, kiedy ten wywalczał kolejne medale Mistrzostw Polski i tylko wtedy. Szkoda także, że mówiąc „ważniejsze” pani wiceprezydent nie wie, że dla wielu mieszkańców Słupska, Czarni są zaraz po rodzinie najważniejsi w życiu. Stanowią ich milion wspomnień. 

Prezes Twardowski, który zawsze walczył do samego końca w każdej kwestii, zapowiedział, że ogłosi upadłość klubu. Mimo wszystko znalazł w sobie jeszcze na tyle nadziei, żeby powiedzieć „walczymy dalej”. Z drużyny odeszli kluczowi gracze, zostali Ci, co chceli zostać. Nadszedł dzień, który miał być ostatnim dniem z koszykówką na najwyższym poziomie w Słupsku, a okazał się dniem, w którym o Czarnych znowu było głośno. Ale głośno nie za sprawą kolejnych złych wieści, było głośno, bo Czarni zrobili znowu coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Pokonali faworyta - osłabieni, można byłoby przypuszczać wyczerpani psychicznie, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Ale wygrali nie tylko oni - wygrali również kibice! 

Ci, na których miejscu inni już dawno by się poddali. Przyszli, założyli czerwone koszulki i pokazali taką klasę, do której niektórzy nigdy nie dorosną. Ze łzami w oczach oglądałem powtórkę meczu. Ze łzami w oczach, będąc w pracy, patrzyłem na wynik spotkania i przyznam, że nie dowierzałem. Nie dlatego, że nie wierzyłem. Wiara przecież przenosi góry. To były bardziej łzy płynące z dumy. Niedowierzanie wynikające z kilkudniowego strachu, obawy i żalu jednocześnie. To, co stało się tego wieczora na parkiecie Hali Gryfia, zasługuje na wielkie słowa uznania. Na szacunek. Na owację na stojąco. Pokazuje, że koszykówka w Słupsku jest potrzebna. Że nie ma Czarnych bez Słupska. Że nie ma Słupska bez Czarnych. To jest jedność, mimo że wielu tej jedności nie wykazuje. 

Czarni nigdy nie zginą!
Wierzę, że podniosą się tak jak swojego czasu podniósł się Anwil. Podniosła się także Poplharma, a chwilę potem zdobyła nawet medal. Do PLK w znakomitym stylu wróciła Stal Ostrów Wielkopolski, wciąż przecież bardzo dobrze radzi sobie Asseco Gdynia. W jedności siła!

Jeśli chcesz - udostępnij, będzie mi bardzo miło :)


Autorem zdjęć z wczorajszego meczu jest Łukasz Capar, fotoreporter Głosu Pomorza:






sobota, 7 grudnia 2013

Polpharmo, obudź się!

9 meczów. 8 porażek. Tylko jedno zwycięstwo. 776 straconych punktów. Zdobytych o 138 mniej. Dwunasta pozycja w tabeli. Ostatnia. W składzie jeden z najlepszych graczy PLK - Cezary Trybański. Oprócz niego jedni z lepszych skrzydłowych ligi - Michael Hicks i Mujo Tuljković. Ponadto potrafiący grać naprawdę dobrą koszykówkę - Bartosz Sarzało, Daniel Wall, Łukasz Paul, Grzegorz Kukiełka oraz świetnie rokujący Kacper Radwański. Nowe twarze? Miały dawać nadzieję, że na Kociewiu będą bić się o górną szóstkę tabeli: potężny Serb Nikola Jeftić, doświadczony rozgrywający z Litwy Linas Lekavičius oraz jego rodak, dopiero stawiający kroki w prawdziwej koszykówce, Ovidijus Varanauskas. Skład ciekawy, dobrze aspirujący, z niezłym wydawać by się mogło trenerem na ławce. Wyniki za to fatalne. Tak źle w Polpharmie nie było od dawna.


Pytam znajomych ze Starogardu Gdańskiego co się dzieje, że zespół gra tak beznadziejnie? Jeden kolega pyta, czy są jakieś łatwiejsze pytania, sugerując jednocześnie, że to będzie ostatni sezon Polpharmy w PLK. Drugi, że nie zna odpowiedzi na to pytanie, ale chętnie zapadłby się pod ziemię. Nawet znajoma dziennikarka nie potrafi stwierdzić, co jest nie tak. Dodaje tylko, że boli.

Polpharmo, obudź się! Chciałoby się wykrzyczeć. Przecież potrafisz grać, jak nas do tego przyzwyczaiłaś. Może nie na poziomie tych najlepszych, ale na pewno nie tak, że jak byłaby możliwość spadków z ligi, Ty byłabyś teraz najpoważniejszym kandydatem ku temu. Potrafiłaś pokonywać mistrza Polski, bić się jak równy z równym z wicemistrzem, ogrywać brązowych medalistów, wszak trzy lata temu sama zdobyłaś brąz. W chwili obecnej, w kompromitującym stylu, ulegasz najsłabszym. Doświadczeni koszykarze, jakich masz w składzie, wyglądają na zawodników, którzy stawiają pierwsze kroki w ekstraklasie, a nie są w niej od dobrych kilku lat.

Potrzeba wstrząsu. A może chodzi o rozmowę, szczerą rozmowę? Może problem nie tkwi w formie zawodników, a sedno sprawy po prostu leży w ich głowach? Może potrzeba jest zdecydowana interwencja Prezesa Olszewskiego? A może taka już była, ale nie przyniosła żadnego skutku? Może sprawę w swoje ręce powinni wziąć kibice? Najlepiej jednak będzie, jak każdy z zawodników sam sobie wykona rachunek sumienia, na najbliższym meczu spojrzy w trybuny i pomyśli: -Warto to zrobić dla tych ludzi. Dla tych, którzy poświęcają swój czas, energię i pieniądze, by nas oglądać, by nas dopingować. Zrobię to. Zrobimy.

Może temu zespołowi po prostu brakuje motywacji? Najlepiej zapytać o to samych koszykarzy. Ale czy uzyskamy prawdziwą odpowiedź? Czy oni sami w ogóle wiedzą, co się z nimi dzieje?


Trzymam za Was kciuki, Kociewie...

czwartek, 5 grudnia 2013

Przed derbami. Witajcie z powrotem!

To będzie dla mnie wyjątkowo paskudna niedziela. Mam jednak wielką nadzieję, że zakończy się hukiem otwieranego szampana, tak, że cała Warszawa usłyszy!


Pierwszy raz od lat nie wiem już ilu, pierwszy raz odkąd znam znaczenie słowa "derby", tak naprawdę pierwszy raz od rozpoczęcia mojej przygody z koszykówką, przyjdzie opuścić mi mecz z Koszalinem. Dwoiłem się i troiłem, poruszyłem niebo i ziemię, a jednak nie wyszło. Spotkanie, które wprawia mnie w stan kibicowskiego szaleństwa, spotkanie, na kilka dni przed którym chodzę cały naelektryzowany, a wszyscy wkoło uspokajają mnie, obejrzę przed cholernym odbiornikiem telewizora. Chciałoby się powiedzieć: Na szczęście w ogóle go obejrzę.

Derby. Czym one są w dzisiejszym świecie? Co roku ta sama formułka: "Przygotowujemy się do nich, jak do każdego innego spotkania". Ale nie, w głębi serca, głowie, to inne spotkanie niż wszystkie inne. Prawie tak samo dla zawodników, jak kibiców. Tej pasji w tym, co się robi oraz tej chęci zwycięstwa, udowodnienia wyższości nad lokalnym rywalem, często też, jak w tym przypadku, największym ligowym wrogu, nie da opisać się słowami. Kiedy już podczas takiej właśnie rywalizacji wychodzisz na boisku to nie myślisz o tym, kto jest jest faworytem, kto ile meczów wygrał dotychczas, kto jakich zawodników ma w składzie. Myślisz tylko o wygranej, o poczuciu spełnionego obowiązku, tak - obowiązku, o pięciu zawodnikach, których mógłbyś zagryźć w danej chwili.

Do dziś, jak ktoś pyta mnie o ważność derbów odpowiadam tak, jak niegdyś odpowiedział mi Wujek, który zabierał mnie na moje pierwsze mecze w hali Gryfia. Zresztą tak właśnie odpowiada każdy kibic, którego o to zapytamy:

-Wujku, a dlaczego te derby są tak bardzo ważne?
-Bo widzisz synu, panuje taka zasada, że możemy przegrać wszystkie mecze w sezonie, wszystkie, ale nie te z Koszalinem. Tutaj walka toczy się nie o dwa punkty, a o honor. 

Czy wiedziałem wówczas, czym jest honor? Jeżeli nie, to z pewnością dowiedziałem się tego po tym właśnie spotkaniu.

Derby to czas wyjątkowy dla każdego fana. Bo to mecze pełne walki, zaangażowania, często mecze nieczystych zagrań, wojna charakterów. Spotkania pomiędzy AZS-em Koszalin a Czarnymi Słupsk są tym bardziej wyjątkowe, gdyż już od dawna zapisały się jako koszykarska rywalizacja najgorętsza ze wszystkich z ligowego terminarza. Czy ktoś pamięta pojedynek sprzed dwóch laty, kiedy to Czarne Pantery przegrywały po pierwszej połowie 20-stoma punktami (i to na własnym boisku!), a z parkietu schodziły jako zwycięzcy? Tej walki, tego zapału, tego niewiarygodnego trzęsienia ziemi, jakie miało wówczas miejsce w słupskiej hali Gryfia, nie da opisać się słowami. Spotkanie to na długo zapadło w pamięć kibicom, a jego echa przez kilka dni odbijały się w mediach. Jeżeli ktoś chciałby sobie przypomnieć tamte wydarzenia, zapraszam na kanał bloga na YouTube !

Wzajemne prowokacje, docinki i zapowiedzi są już widzialne w internecie od dłuższego czasu. Atmosfera derbów podgrzewa się z godziny na godzinę. Rywalizacja już się zaczęła, ale końcowego zwycięzcę poznamy dopiero niedzielnym wieczorem. Kto to będzie? Większość stawia na Czarnych, ale pamiętajmy, że derby rządzą się swoimi prawami. Niemniej jednak innego scenariusza nawet sobie nie wyobrażam.

Tymczasem wszystkim wyjazdowiczom chciałbym życzyć bezpiecznej drogi, zdrowego gardła i mega dużo cierpliwości, bo tej w Koszalinie nigdy za wiele. Obyśmy już za trzy dni wspólnie mogli cieszyć się z tej jakże niezapomnianej chwili triumfu.


Kłaniam Wam się nisko!


PS. To mój pierwszy wpis od prawie pół roku. Mam nadzieję, że dzisiejsza wyjątkowa okazja do wyskrobania czegoś jest tylko zapoczątkowaniem mojego powrotu do blogowania. Koniec z tym lenistwem! Trzymajcie się!